|
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Crema Catalana
Crema Catalana Witamy w kolejnym odcinku bezczeszczenia dorobku kulinarnego świata. Dzisiaj zajmiemy się czymś co w samym swoim jestestwie jest tak miejscowe, ze aż w nazwie ma odwołanie do niepodległego państwa (które chwilowo ma status hiszpańskiej autonomii) zamieszkałego przez dumny naród. I prawdopodobnie zostało zerżnięte od Francuzów. Nie będziemy wnikali w to czy ulubiony deser Amelii to tak naprawdę crema catalana czy crème brûlée był pierwszy. Zostawiam to zapaleńcom historycznych losów połączenia kurzego jajka i krowiego mleka na przestrzeni dziejów ludzkości. Zatem: dzisiaj opieramy się na tej stronce, ale i ta wydaje się na miejscu. Składniki:
Szklanka cukru (teoretycznie puder, ale kupiliśmy nowy kilogram normalnego… postanowiliśmy zaryzykować)
W tej chwili deser czeka sobie w lodówce i stara się zgęstnieć, więc ostatecznie nie wiemy, czy coś wyszło, czy nie. Poprawka. Zostałem zrugany za to, że nie ma chrupiącej warstwy cukru na górze. W zwiazku z tym: karmel na szybko.
Wrzucamy wszystkie składniki do garnka o grubszym dnie (albo rondelka, jaki mamy pod ręką) i mieszamy. Dobrze by było, aby cukier się roztopił zanim syrop się zagotuje. Następnie musimy wygotować trochę wody. Dla tych proporcji to zajęło trochę czasu, więc można zaryzykować dodanie większej ilości cukru labo mniejszej ilości pozostałych składników. Jak poznać, że już? Płynu będzie ubywać. Bąble będą się robiły większe. Płyn będzie gęstszy. Zacznie mieć złoty kolor. Kropla upuszczona z łyżeczki będzie pozostawała po sobie "nitkę". W końcu stanie się delikatnie brązowy i to jest ten moment, aby przelać karmel na deser. Ja przedobrzyłem z czasem, przegapiłem ten moment i karmel wyszedł ciemny i trochę ostry w smaku. Ale jest.
niedziela, 15 stycznia 2012
Warsztat kulinarny, odsłona pierwsza: Sacher
Słowem wstępu: Jesteśmy sobie tutaj w Barcelonie i staramy się z tego faktu korzystać, jak się tylko da. A jednym ze sposobów są różnego rodzaju tallery (warsztaty) organizowane przez liczne Centra Civico (coś jak dom kultury). Spektrum zainteresowań, jakie można rozwijać podczas takich kursów jest bardzo rozległe: od tańca przez naprawianie mebli po optymalizowanie oprogramowania mac’ów czy jogę. Zatem wybraliśmy sobie na ten trymestr: coaching (Ania), rozwijanie stron WWW via html i css (ja) i tango (oboje). Z braku czasu i przez cięcia kryzysowe (od ogarniana tego tematu też jest kilka szkoleń w cenach od 20 do 60 euro za 12 godzin) z kilku zrezygnowaliśmy, mimo, ze nam na tym zależało. Ale w końcu nauczyć się przygotowywać lokalne słodkości można we własnym zakresie, nieprawdaż? I w ten sposób powstał plan, aby jeden wieczór dzień w tygodniu przeznaczyć na kulinarne eksperymenty z kaloriami w tle. A żeby się zmotywować, można to połączyć z warsztatem „Stylizacja żywności i wypieków” robiąc zdjęcia poszczególnym etapom pracy i ich finalnym rezultatom. A na koniec podzielić się rezultatem z szerszą publicznością. Zatem do dzieła. Dzisiejszy odcinek powstał spontanicznie po tym, jak moja małżonka szepnęła mi na uszko, że „ma ochotę na coś słodkiego, ale takiego robionego”. Szybki rzut oka na listę składników i wybór padł na gwóźdź dzisiejszego programu, czyli tort o ciekawej historii Sacher Cały przepis wzorowany na recepcie z tej strony. I od progu zaczęły się problemy, bo okazało się, że brakuje pewnych składników. Ostateczna ich lista poniżej:
Komentarz odnośnie rozbieżności z oryginalnym przepisem:
I tak największym odstępstwem od oryginalnego przepisu będzie totalny brak polewy czekoladowej. To do roboty.
Roztapiamy czekoladę w kąpieli wodnej (miseczka w garnku z wodą, pod przykrywką i na małym ogniu)
Podczas, gdy pod przykrywką czekolada staje się bardziej płynna (jako materiałowcowi nie chce mi przez gardło przejść słowo „topnieje”) oddzielamy żółtko od białka. Białka powinny trafić do w miarę dużego pojemnika – będziemy tam dodawali resztę składników. Takie posuniecie zaoszczędzi zmywania. Pro-Tip od specjalisty: babcia Elżbieta do żółtek dodaje zawsze szczyptę soli i je miesza, aby zachowały kolor podczas dalszej obróbki termicznej (oryginalnie rada dla omletów, ale przeszczepiam ja gdzie się da) I ubijamy białko na sztywno. A następnie dodajemy powoli cukier aż owe składniki się połączą.
Odstawiamy pianę na chwilę, by się zająć miękką czekoladą (nie chciała być płynna w powszechnym tego słowa znaczeniu, ale zrzuciliśmy to na karb spontaniczności).
Zatem pomalutku dodajemy czekoladę do oliwy z oliwek w wysokim naczyniu. Miksujemy. Dodajemy cukier waniliowy (łyżeczkę, albo tyle ile zostało na dnie słoiczka).
Następnie, ciągle miksując na najwyższych obrotach, dodajemy stopniowo żółtka. I gotowe, możemy wyłączyć mikser. Bierzemy do ręki łyżkę. Powoli dodając czekoladową masę do piany białkowo-cukrowej. Zanim się za to weźmiemy można włączyć piekarnik, aby zaczął się rozgrzewać: celujemy w 200 stopni. Pro-Tip: Tak, łyżką. Choć wydaje się bardziej rozsądnie i szybko połączyć te składniki mikserem, warto to zrobić łyżką. Dzięki temu powietrze, które tak pracowicie zamykaliśmy w banieczkach piany nie ucieknie i ciasto będzie mało większą objętość i lżejszą konsystencję.
Na koniec dodajemy w ten sam sposób mąkę. „Ciasto” gotowe. Prosimy żonę, aby przygotowała formę do pieczenia...
... i przelewamy. Tak, nie jest okrągła. Ubolewając nad tym faktem idziemy dalej i wkładamy blachę do piekarnika. Piekliśmy ciasto: pierwsze 20 min w temp 200 stopni, następnie 30 minut w 180 i z grzaniem tylko dolną grzałką. Bez obiegu powietrza. Zmiana wywołana tym, że po owych 20 minutach zapach zaczął wskazywać na przypalanie się ciasta. Ogląd wizualny jednak nie potwierdził tych przesłanek. Pieczenie dalej odbywało się bez problemów. Następnie ciasto wyjmujemy z pieca, kroimy wzdłuż i smarujemy środek marmoladą i polewamy wcześniej przygotowaną polewą czekoladową. Jeśli taką dysponujemy. Jeżeli nie, niespiesznie acz nieubłaganie przystępujemy do konsumpcji.
Z mlekiem smakuje zapewne świetnie. My się raczyliśmy moscatelem. A co, niedziela. Uwagi końcowe: ciasto mimo mniejszej ilości cukru było na odpowiednim poziomie słodkości (aczkolwiek czekolada była mleczna, nie gorzka). Dżemik dobrze się komponował, nie wsiąkał w ciasto. Konsystencja – bardzo ciekawa. Podczas pieczenia ciasto urosło (jak dla mnie niespodzianka) mi przypominała zbity omlet. Wierzch się spiekł trochę bardziej (bardziej sucha i drobnoziarnista konsystencja), uwypuklił i pękł wzdłuż. Może to kwestia formy, może wpływ piecyka. Mamy nadzieję, że się podobało. Nam tak. Cykl raczkuje, ale zapowiada się ciekawie. W następnym odcinku: crema catalana.
wtorek, 20 września 2011
niedziela, 03 kwietnia 2011
Kolejny odcinek czegoś znalezionego gdzieśtam
Była niedzielna przedpołudniowa sjesta. Słońce leniwie przebijało się przez wiotkie chmury i cienie niewyraźnie opisywały sylwetki wiekowych kamienic na nowomodnym bruku. W centrum pięćdziesięciotysięczny tłum ocierał z siebie krople potu, tym razem wywołanego nie skwarem lecz wysiłkiem. Ci co dobiegli powoli dowadniali wilgotne ciała, Ci, co dobiegali już o tym marzyli. A jakiś czas temu, jak wspomniałem, wybraliśmy się na imprezkę do Jordiego i Marii. Imprezka z pełną pompą: miała oficjalnego maila z zaproszeniem, tam szata graficzna przygotowana specjalnie na tą okazję. Temat: muzyka, tytuł: Villamari Sound Presents. Coś Marija szepnęła Ani półgębkiem, że mamy przygotować jakąś piosenkę i tyle. No to zabraliśmy śliwki w czekoladzie i jakieś piwo czy inny alkohol spożywczy i sobie poszliśmy, jak to na imprezkę. A na miejscu dorzuciliśmy jedzonko na stertę i się okazało… Tłum. Niby domówka, ale do mieszkania Marii zmieściło się jakieś 30-40 osób. I artyści. Wśród swoich znajomych gospodarza pozapraszali grajków i śpiewaków, coby pokazali swoje umiejętności szerszej publice. Od 22 co pół godziny prezentowała się inna grupka. Pełny przegląd instrumentarium; kitary klasyczne, akustyczne, elektryczne… Rock, pop, poezja śpiewana… Cudze, własne… Zaczął Jordi, solo, przygrywając sobie na gitarze śpiewał wpadające w ucho ballady. Następnie jedna parka: Włoch z gitarą i Amerykanka z wokalem rozbujali ścieśnione towarzystwo z dywanu melodiami Katie Melua. Potem cztery czarno odziane, długowłose i zadziorne byczki odhukały kawałki Doors’ów, Metalliki i jakieś własne. A na koniec, tururum, tururum, po supporcie gwóźdź programu, zespół z prawdziwego zdarzenia, z jedną płytą na koncie (30 min, niski nakład, własne inwestycje – taka epka dofinansowana z ratusza Aragonii czy coś podobnego… zresztą , gdzieś ją mam, ale do tej pory nie udało mi się jej odtworzyć) w składzie: gitara jakże elektryczna, klawisze wszelkie (syntezator komunijny, fujarko-dmuchadełko i cymbałki) i przewokal męski (całość wspomagana samozwańczą perkusyjną klatką piersiową od gościnnie udzielającego się pałkarza zapożyczonego z poprzedniego składu). Uczta dla uszu i duszy. Wyszliśmy z Anią oczarowani. Akurat na dyskotekę z większością gości i grajków. Jak to z tłumem, było toto kiepsko zorganizowane i cała wyprawa do odległej mordowni się rozwlekła. Do tego doszły nieporozumienia itp… Ale dotarliśmy. No i co? Ania w tany, a ja jakoś tak… Starym dobrym przyzwyczajeniem podpierałem ściany. Przykro mi, nie kręci mnie to. Bardzo żałuję, ale nie. Jeszcze nie. Podejście mam proste: Ania jak chce, niech się nie bawi. Ja jej nie będę przeszkadzał, znajdę dla siebie kawałek miękkiego filara i sobie spocznę. Nie jestem smutny, zły ani nic. Więc niech się mną nie przejmuje i daje podrywać do momentu, dopóki nieświadome mojej czujnej obecności parkietowe „jurne boje” nie zaczną jej stawiać drinków „na rozmiękczenie”. Przynajmniej tych niesmacznych, nie Ania? I tak się bawiliśmy do jakiejś trzeciej czy czwartej. Grunt, że ptaki już śpiewały, gdy wracaliśmy. W niedzielę odsypialiśmy. Dopóki nie postanowiłem wyskoczyć pobiegać i się okazało, że przez naszą dzielnicę przechodzi parada karnawałowa. Grupki po 20-30 tancerzy, przebierańców albo po prostu chętnych przemaszerowało ulicami Barcelonety, tworząc wielobarwny spektakl, który niesamowicie wpisywał się w koloryt tego miejsca. Dzieci, emeryci przebrani za ananasy (???), tamborrada, tancerze… Było kolorowo, głośno i… stereotypowo. Tak jak Polak może sobie wyobrażać hiszpańską fiestę. Szybko wróciłem do domku, aby zaciągnąć Anię na ten pochód. Zastałem ją obudzoną i nakręconą, bo się okazało, że będzie kolejny raz ciocią. I to na raz podwójną. I jedna siostra i druga. Tylko jej do kompletu brakuje… No to się nie napiję ze szwagierkami na weselu… Szwagrowie będą musieli nadrabiać… Po południu obiadek i dla sportu trochę jazdy na nartorolkach i trochę na rowerku. Bo od tego tygodnia zaczęliśmy korzystać z nowego rodzaju transportu miejskiego, czyli z Bicing’u. Znaczy się z rowerów miejskich. Takie rozwiązanie: rowery zaparkowane na mieście, które można wziąć po zarejestrowaniu się w systemie i wyrobieniu karty zbliżeniowej. Koszt: 35 euro. Na rok. Rozwiązanie tutaj jest obecne od czterech lat i jest tak jak z transportem miejskim: czasem się trafi lepiej i dwa kółka same niosą po chodniku, a raz przerzutki nie wchodzą, albo siodełko opada… Natomiast najbardziej barwna usterka dotyka hamulców. Otóż, bardzo często się zdarza iż podczas hamowania wydają dźwięk… Jeśli sobie przypomnicie film „Willow”i odgłosy jakie wydawała jeden z potworów (hybryda kilkugłowego smoko-ślimaka z elementami żółwia, kozy i innych niespodzianek), a które na owe czasy były zapewne szczytem efektów specjalnych i do ich produkcji używano trzech syntezatorów, organów Hammonda i rozstrojonej dętki do tira, to macie pojęcie jak przeraźliwe mogą być skutki próby zmniejszenia prędkości jazdy rowerem miejskim. Może i epitet rozpisany na cały akapit, ale nie oddaje popłochu i zniszczeń jakie może wywołać delikatne naciśnięcie dźwigienki przy kierownicy podczas jazdy tempem spacerowym… Wieczorkiem kościółek, pogaduchy z gośćmi i wieczorek filmowy z repertuaru dostępnego w bibliotece. Ania wybrała: Stanley Cubrick, „Diuna”. Losy Atrydów i Harkonenów oglądaliśmy ostatecznie na dwa razy, Ania przysypiała zagubiona w perypetiach Imperatora, knowaniach Bene Geserith i kodeksu honorowego Freemanów… Nie to, żebym się dziwił… W poniedziałek – po raz chyba od miesiąca wróciłem z pracy przed 18. Nie pamiętam, co się udało zdziałać z tak pięknie rozpoczętym wieczorem, ale fakt tak ekstraordynaryjny, że warty uwzględnienia w annałach. Po „Diunie” przerzuciliśmy się na innego klasyka, i tym Razem to Ania musiała mi tłumaczyć co się działo na ekranie. Pełna symetria. A oglądaliśmy „Dumę i uprzedzenie”. Gdyby na ekranie pojawiała się częściej matka głównej bohaterki a nie wybranek jej serca, film można by z czystym sumieniem zaszufladkować jako kostiumową komedię romantyczną. A tak to jest poważny film o miłości i uprzedzeniach w epoce minionej acz jakże obecnej „idziś”… W e wtorek już żegnaliśmy się z naszymi pierwszymi surfingowcami. Kanapa przypadła do gustu, gościna też. Ciekawie było. I plusy i minusy – też musimy się dotrzeć do tego pomysłu i nam się musi dotrzeć w głowach do tego pomysłu… Ale fakt faktem, że pustawo się zrobiło jak pojechały… W środę, tradycyjnie wybraliśmy się na większe zakupy. Tego dnia Ania nie ma zajęć z hiszpańskiego wieczorem, a ja staram się wcześniej wrócić. Uzbrojeni w portfele, plecaki i kartę stałego klienta idziemy do pobliskiego supermarketu. W myśl zasady raz a porządnie uzupełniamy zapasy wszystkiego, co może trochę postać i inne dobra w co większych ilościach, żeby ma zwiewna narzeczona nie tachała ośmiolitrowego baniaka wody na trzecie piętro sama… Jakoś tak się utarły środy. Z innych wieści z tamtego tygodnia: krew oddałem. Znowu dostałem słone paluszki i orzeszki, soczek i doniczkę z kwiatkiem. Teraz ma być coś innego. I tak nastał piątek. Ostatni dzień Cesara w instytucie. Znalazł robotę w Madrycie w L’Orealu. Jest tego warty. Ostatni dzień miałem plecy. Od następnego poniedziałku sam sobie sterem, żaglem, okrętem… Nostalgicznie się zrobiło. Jak by nie patrzeć opuszczał swoich przyjaciół, z którymi spędził ostatnie 5 lat… Na szaberku udało się zlokalizować i skutecznie dotransportować szafeczkę. I duże, ładne lustro w starej, brzydkiej ramie. Teraz mam rozkminkę, jak to zawiesić na ścianie bez wiertarki… Jak to mówią, coś się kończy, coś się zaczyna: jeden doktor sobie idzie, kolejny przychodzi. Tego samego dnia bronił się Rafa. Tak więc: imprezka. Tym razem padło na włoską knajpę, jako że Raphael jest z kraju pizzy i makaronu. Było miło, miejsca nam się trafiły naprzeciwko szefostwa. Ania siedziała naprzeciw pani profesor z kanady (jest Turczynką, jakby co) z dziedziny pokrewnej jej zainteresowaniom i po prawej stronie jej męża. Także zamiast hiszpańskich ćwiczyła angielskie konwenanse. Ja tam cos tam nudziłem. Swoją drogą. Miną rok od pierwszej naszej pierwszej wizyty w Barcy. Rok temu odwiedziliśmy to miasto i instytuty szukając zajęcia. I w jeden rok… się pozmieniało. Wiele czasu na sentymenty nie mieliśmy. Po kolacyjne z ciężkim sercem rozstaliśmy się z towarzystwem udającym się na tańce, gdyż chcieliśmy się wyspać przed jutrzejszym dniem, który miał obfitować w doznania. Wybieraliśmy się do Valensji na Fallas. Autostopem. |
Archiwum
Tagi
|